zabardzość. nadczucie. mapy czarnych dziur.
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Kategorie: Wszystkie | było minęło | obrazowo | się dzieje się | smsem | w cudzym słowie
RSS
wtorek, 18 sierpnia 2009
poszlaki. bo po szlaku

Siostra i nasze bliźniacze myśli. Brat z sokiem bananowym i płatkami róż. Dydysław. Grażyna. Siostry Przytulanki. Genewa. Tato. FlowerBoy. Bury. Bały. Szpakirra. Johny. Młody Salezjanin i jego ewangelizacyjna nadpobudliwość. T. w kapelutku, z nieodłącznym aparatem w rękach. B. ze swoimi głupimi tekstami i toną złośliwości naprzemian z czułością. Migają twarze. Obrazy, dźwięki, zapachy, emocje. Migają krajobrazy za oknami pociągów, wracam, pukam do drzwi pustki, otwiera mi samotność. Dzień płaczu, dzień snu, odrealnienie.- Przeżyłam prawie szok kulturowy. Do tego coś na kształt nagłej zmiany strefy czasowej i klimatycznej. If you know what I mean- napisałam. Bo tam czas płynie inaczej i oddycha się innym powietrzem. Powroty bolą jakoś metafizycznie.


-skąd masz?
-z nienacka

-jak nie możesz iść... to się turlaj...
-sam się turlaj!

-wiesz, dlaczego ma na imię Grażyna? Bo to zupełnie nie pasuje.

-jutro będzie deszcz czy jak..?
-myślę, że będzie czyjak.


Rozbiegane myśli, słuchawki w uszach, jakieś wymiany wiadomości, na kogoś się ciągle natykam na komunikatorze, jakieś posłane zdjęcia, kilka uśmiechów, całe góry niezrozumienia, które ledwie ogarniam.

 



Nastolatkiem był tylko wtedy, kiedy stał z fajką w ustach albo gadał z kumplami.
Częściej bywał małym chłopcem. Najbardziej kiedy w dniu kotowania zwinął się w kłębek, położył głowę na moim brzuchu i mruczał. I kiedy patrzył obezwładniająco tymi swoimi kocimi oczami. I kiedy cieszył się z niewiadomoczego. I kiedy mówił
Agniesiaaa, a chciałabyś mieć kotka, który by tak robił?
Agniesiaaa, a skąd masz takie ładne oczy?
Agniesiaaa, a co Ci zagrać?
Agniesiaaaa...

Ale jakoś widziałam w nim mężczyznę, kiedy dotykał mojego ramienia poharatanymi od strun palcami, kiedy głaskałam go po plecach.
Uśmiecham się, kiedy pisze przepraszam. Głośniej dźwięczy w głośnikach Stairway to Heaven.

Ciasto porzeczkowe. Przypadkowo zupełnie obiady w tych samych miejscach. Kilogramy drożdżówki. Kilometry bandaży. Krzaki albo jeden krzak. Pokutne gofry. Ataki pająków. Opalenizna na traktorzystę. Zupa owocowa. Ciepło, ciepło, ciepło. Otwartość. Akceptacja. Zamyślenia. Ucieczki w siebie. Każdy uśmiech bardziej wyjątkowy od poprzedniego. Głupawki do łez. Radość do łez. Łzy bólu, którego już inaczej wyrazić się nie daje. I wściekłość tak ogromna, i lekcje pokory tak dotkliwe, i samotność w tłumie tak dojmująca, i potrzeba samotności tak z poprzednią sprzeczna, i bezradność tak ogromna, że aż zatyka.

A potem wracam i zostaje góra wspomnień. Druga góra niedosytu. Trzecia góra pozytywnych myśli. A wszystko chwiejne i rozmyte. Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać... Tylko to przejmujące poczucie Obecności...

Niech nikt nie pyta dlaczego? Ale dlaczego nie?

...z weselem wyjdziecie
i w pokoju was przyprowadzą.
Góry i pagórki przed wami
podniosą radosne okrzyki,
a wszystkie drzewa polne klaskać będą w dłonie...


Ale tak naprawdę, to tego się nie da opowiedzieć.
Tak naprawdę, to jesteśmy wariatami.


poniedziałek, 18 sierpnia 2008
to było chyba Kłecko...

...Przyjaciela mam, co pociesza mnie,
gdy o Jego ramię oprę się.
W Nim nadzieję mam. Uleciał strach.
On najbliżej jest. Zawsze troszczy się...

Łzy napłynęły mi do oczu, rozmazały obraz. Głosy wokół stworzyły harmonię, a ten jeden przebijający się przez resztę sprawił, że coś ścisnęło w gardle. I cały świat przestał istniec. Liczyło się to miejsce i ten czas. Nic nie było ważne. Ani ból, ani zmęczenie. Ciało odprężone po całodziennym wysiłku wydawało się lżejsze. Wszystko wydawało się lżejsze. Byłam we właściwym miejscu, w odpowiednim czasie. Magia chwili... Po prostu. Niezwykłośc, którą trudno ując słowami.

To zupełnie inny świat- mówię zawsze niewtajemniczonym. Tam wszystko wydaje się łatwiejsze. Potem człowiek patrzy na mapę i nie chce mu się wierzyc, że przeszedł tych kilkaset kilometrów. Bo przecież ani sportowcem nie jest, ani do szczególnie wytrzymałych nie należy. Patrzy człowiek na siebie i kołacze mu się po głowie pytanie: co w nim takiego jest, że ludzie uśmiechają się na jego widok; otaczają ramieniem, kiedy ciężko; rozśmieszają, gdy smutno; trzymają za rękę, kiedy boli. A czasem ból zdaje się nie do zniesienia. Jednak nawet wtedy udaje się wykrzesac z siebie dosc energii, by zaśpiewac, zatańczyc, dobiec, uśmiechnąc się, przytulic. Bo jest w nas więcej siły, niż jesteśmy w stanie to naszymi małymi rozumkami ogarnąc. Bo Ktoś w nas tę siłę wlewa, jeśli tylko się na Niego otworzymy. I wówczas wystarczy pozwolic Mu działac przez siebie i odnaleźc Go w drugim człowieku. Tym, który potrzebuje wsparcia; tym, który szuka zrozumienia; tym, który otwiera swoje drzwi i serce; tym, który słowami wlewa otuchę; tym, który zaraża radością życia; tym, który pozwala zatopic się w swoich ramionach; w tym człowieku, którego potencjałem jest nieskończone dobro, mogące przepływac z rąk do rąk, z serca do serca. I wtedy wszystko naprawdę JEST łatwiejsze.

Uśmiecham się do wspomnień. I czekam na spotkanie. Uśmiecham się do zdjęc. I zapraszam na http://www.pielgrzymka.koszalin.pl

metafizycznie

Jagodowa herbata Dilmah. To jednak nie mój smak. Z paczki landrynek wybieram migdałowe. Słucham Falling Slowly. Zamykam oczy i przypominam sobie tę scenę- leżymy porozkładane na kocyku, karimatach, czym_się_da, a W. wyciąga gitarę i zaczyna grać nieznaną mi melodię...

...I don't know you
But I want you
All the more for that...

...zaczyna śpiewać, a ja już wiem, że po raz kolejny rozłoży mnie na łopatki. I nie mylę się.

...Words fall through me
And always fool me
And I can't react
And games that never amount
To more than they're meant
Will play themselves out...

Pod przymkniętymi powiekami przesuwają mi się setki obrazów. I nie próbuję na siłę wrócić do szarej, a często i brutalnej rzeczywistości. Pozwalam sobie na to zawieszenie. Ciałem tu- w emocjonalnej kostnicy, duchem- na trasie Miastko -> Częstochowa.

Po kilku godzinach w pociągu, po kilku godzinach w Jastrowiu, wylądowałam w kabinie bagażówki słupskiej grupy. Gawędziliśmy z panem Marianem o niepowtarzalnym pielgrzymkowym klimacie. O tym, że na zadawane często pytanie "jak było?", nie ma odpowiedzi. Po prostu nie ma. Są tylko -mniej lub bardziej- nieudolne próby ujęcia w słowa tego, co nie podlega żadnym prawom logiki...

...Take this sinking boat and point it home
We've still got time
Raise your hopeful voice you have a choice
You've made it now...

Było mnóstwo smiechu (i w tym miejscu pozdrawiam Siostry Przytulanki) i całe morze łez. Był ból (pozdrowienia dla maltanek) i błogi odpoczynek. Były głupawki i psychiczne zjazdy. Były wielkie słowa i rozmowy o dupie maryni. Były chwile refleksji i wygłupy. Była modlitwa i było opowiadanie kawałów. Było milczenie i był śpiew do zdarcia gardła. Noclegi przeróżne bywały. Wszystko było. A w tym wszystkim mnóstwo ciepła, życzliwości, dobra. Niezwykłe uśmiechy i niepowtarzalne spojrzenia w oczy. Spotkanie ze starymi dobrymi znajomymi, zacieśnienie kilku więzi, parę nowych znajomości. Zdobyte zaufanie i nić porozumienia. Debiutowałam jako kwatermaster, z braku grupy muzycznej w dniach początkowych to i godzinki śpiewałam i psalm. Pierwszy raz weszłam na JG bez Siostry. Po roku przerwy byłam na noclegu u panii Marii. Dwie stałki się nie potwierdziły. Ścięgna zaczęły się odzywać po dwóch dniach i już do Skrzatusza dojechałam osobówką, zgarnięta z trasy cała zapłakana. Najeździłam się bagażówką po wszystkie czasy. Kolejna lekcja pokory, po stokroć opłakana. Bo ciężko mijać idące grupy. Ciężko przyznać się do własnej słabości i tego, że niewiele zależy ode mnie. Ale już łatwiej niż przed rokiem. Może nawet nie wiesz, jak jesteś daleko- usłyszałam potem. I były to słowa, których potrzebowałam w tamtej chwili bardziej niż czegokolwiek.

...Falling slowly, eyes that know me
And I can't go back
Moods that take me and erase me
And I'm painted black...

Znów dużo się nauczyłam. O sobie, o ludziach, o wierze, o Miłości. Doświadczyłam tego niezwykłego odczucia, kiedy jednocześnie jesteśmy małym ziarenkiem i kimś nieskończenie ważnym. Przeżyłam kolejnych 17 dni, kiedy człowiek daje i otrzymuje, i nie wiadomo czego więcej, i nie wiadomo co sprawia więcej radości.

A teraz jestem trochę jak ten ocean, o którym mówił w konferencji jeden z księży. Z wierzchu wzburzony, miotany wichrami, spieniony. A im głębiej, tym większy spokój...

...You have suffered enough
And warred with yourself
It's time that you won... 

piątek, 18 lipca 2008
Retrospekcja nr 2

Z JAGNOWEGO PAMIĘTNIKA, 11 VII 2008

"Już nie ma mnie tam, ale jeszcze nie ma mnie tu. Tam już nie mogę byc, tu- nie chcę. Tkwię w dziwnym zawieszeniu. Choc ani tam nie było przecież do końca dopbrze, ani tu nie jest całkiem źle. Nieobecna. Zagubiona. Półprzytomna. Siedzę ze stopami opartymi o krawędź stolika. Stygnie parując czerwona herbata. Za oknem grzmi i deszcz strumieniami zalewa ziemię. Nawilża powietrze. A ja ciałem tu- myslami tam. Zamykam oczy i idę bezszelestnie parkietem herbaciarni. Chwytam jego spojrzenie i mimowolnie sie uśmiecham. Burza emocji bezdźwięcznie przetacza się między nami. Czuję to każdą komórką mojego ciała. Wiem, że błyszczą mi oczy i że muszę czymś zając ręce, żeby nie zwariowac. Zdążę wypic kawę?- wyrzucam z siebie. Jaką chcesz?- pyta. Najlepszą- odpowiadam. i osładza mi latte macchiato garścią błękitnych spojrzeń przewiercających na wylot. a mnie bawi jego zrzędzenie, sztuczne usmiechy pod adresem klientów i zupełnie niemelodyjne nucenie pod nosem. On z pewnością wie, że śledzę każdy jego ruch, a mnie ta jego świadomośc nie przeszkadza. Żadnego skrępowania. Żadnego lęku. Żadnych oporów. Tylko czysta przyjemnośc z obecności kogoś, kto sprawia, że szybciej pulsuje krew. Że uśmiecham się sama do siebie. Że przebijam swój własny mur. Że wypieram tendencję ucieczkową.

Czułam, jak coś we mnie pęka, kiedy pierwszy raz przytrzymałam jego spojrzenie. Czy może on przytrzymal moje. Kilka sekund czystej metafizyki. A przecież wtedy nie potrafiłam jeszcze powiedziec, jakiego koloru są jego tęczówki. A przecież jakaś częśc mnie już wiedziała, że będzie za tym wzrokiem tęsknic. Że będzie go szukac, chwytac w locie, odtwarzac w wyobrazni po stokroc. Nieświadom niczego zauroczył mnie soba, zanim zdąrzyłam uczesac myśli. I stało się jasne, że dzięki niemu przekroczę siebie. Że zrobię rzeczy, na które zwykle nie starcza.. sama nie wiem, odwagi? Że obudził we mnie zdolnośc płynięcia. Unoszenia się na falach emocji, wrażeń, pragnień, feromonów i endorfin. W morzu słów i tego wszystkiego, co mówi więcej niż słowa. Nie wiedziałam jeszcze tylko, jak bardzo będzie mi go brakowało w takie popołudnia jak to... Bo przypomniał mi, jaka potrafię byc. I że można tak na mnie patrzec, żebym nie chciała odwracac wzroku."

retrospekcja czyli wspomnień czar...

...bo i tak myślami jeszcze nie wróciłam do domu. Czasem nawet nie chcę. I żeby nie było, że brak komputera oznaczał brak jagnowej pisaniny:

Z JAGNOWEGO PAMIĘTNIKA, Ciechocinek, 7 VII 2008

"Potrzebuję czasem coś poczuć- mówiłam w rozmowie z J.- Chciałabym poczuć to podekscytowanie, motylki w brzuchu (...) I żeby ktoś się uśmiechał na mój widok. Proście, a będzie wam dane. A przekładając na mowę potoczną: mówisz- masz. Za kilka dni będzie tylko miłym wspomnieniem, ale co mam do stracenia?

Czytałam przez tych kilkanaście dni /M.Przepiera, Epidemia zamkniętych serc/ o tym, że  wszystko jest po coś. Że czasem przypadkowy człowiek posuwa nasze życie do przodu. Że kiedy dwoje ludzi się spotyka, zawsze mają sobie coś do ofiarowania. I chodzi tylko o to, żeby nie myśleć zbyt wiele nad sensem i logiką, ale wsłuchać się w siebie, w głos własnej intuicji, której mocy często nie potrafimy docenić. Chodzi o to, żeby otworzyć się na drugiego człowieka i to, co może wnieśc w nasze życie, zanim jeszcze zdamy sobie sprawę, co to jest. Nawet jeśli wydaje się to szaleństwem. Bo wszystko ma swój sens.

Na chwilę zapomniałam o chorobliwym lęku przed odrzuceniem. Pozwoliłam sobie utonąć w jego oczach. A jego uśmiechy mówiły więcej, niż mogłyby powiedzieć słowa. Pomogły przełamać wewnętrzny opór.

Nawet jeśli to, co mogę mu dać, to tylko urozmaicenie czasu pracy. Nawet jeśli to, co on może dać mnie to tylko wzrok, od którego miękną kolana. Wzrok, którym od dawna nikt na mnie nie patrzył. Chyba warto. Wszystko jest sprawdzianem albo lekcją- mówię sobie. I pozwalam się pochłonąć temu gradobiciu emocji. I nie tłumię impulsów. I nie odwracam wzroku. I nie cofam się od drzwi. Idę oewnym krokiem nie myśląc o niczym, czekając aż odwróci głowę i się uśmiechnie. Tylko na to czekam. Całą resztę ogarniam i biorę w swoje ręce. Te ręce, którymi chciałabym go dotknąć, poczuć.

Zbiegi okoliczności. Jedne pokazują nam kierunek, inne są wiatrem w żagle. Pozostaje jedynie aktywnie w nie wchodzić (...) Gdy godzimy się z tym, co się dzieje, mamy wrażenie płynięcia. I wtedy, o dziwo, wszystko układa się tak, jak chcemy..."

 
1 , 2