zabardzość. nadczucie. mapy czarnych dziur.
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
niedziela, 12 czerwca 2016
biblijnie

Myślę o tym, że Jezus się zadawał z celnikami i prostytutkami i trochę mnie to podnosi na duchu.

sobota, 11 czerwca 2016
bo

Kocham cię, bo nie warto.

[K. Gucewicz]

poniedziałek, 06 czerwca 2016
dialogi esencjonalne #3

- Nie wiem, po co ci taka wielka kołdra...

- Bo wiesz, połowę zwijam w wałek i udaję, że to ty.

niedziela, 01 maja 2016
ucieczki (c.d.)

Gdynia smakuje burgerami, miodowym ciastem i kawą z koniakiem. Z widokowego tarasu patrzymy na port, kawałek plaży, kawał miasta. W starym kadrze patrzymy na film i we własne głowy, na kocach z polaru, na granicy łez i innych granicach. A w muzeum starych zabawek to mam znowu z sześć lat i reklamówki pełne żołnierzyków, Indian, resoraków, głowę pełną wiary w świat...

 

...

 

Kraków jest kocią kawą i czarnym futrem. Cichym rynkiem wczesnym rankiem, tłocznym dworcem o każdej porze, stukotem kół walizki, pustymi przestrzeniami we mnie. Ma kolor pierwiosnków i deszczowych chmur, borówkowych lodów.

Nie, nie umiem odczarować tony spraw w kilka spacerów. Nie naprawię starych spodni nową łatą.

 

...

 

- Jak było w górach?

- Cicho.

 

...

 

Słowa nie przychodzą już jak kiedyś. Nie przelewają się przeze mnie z szumem, nie tryskają spod palców jak z pękniętego krwiobiegu. Coraz mniej myślę słowami. Coraz więcej jest rzeczy płynących przez środek i wracających w środek, gdzieś w miejsca bez dostępu, bez języka, w miejsca przeczuć, wrażeń i poruszeń. Coraz więcej jest osobności. Takiej co nie boli, takiej co mówi: to moje, nie rusz. Co mówi: to takie moje jest tylko.

piątek, 12 lutego 2016
ucieczki

Jest tłusta niedziela na pocieszenie po różanołzawym czwartku. W gdyńskiej pączkarni wybieram truskawkę i wiśnię z budyniem. Niosę je przez kamienną górę, wożę windami, kolejkami, pociagami. W Mikroklimacie gramy w Życie (obie przegramy, jeśli to możliwe); na poduszkach są ptaszory, a desery są w słoikach. We mnie są inne myśli, inne obrazy na siatkówkach i wszystko jest zabawne, w najbardziej autoironiczny sposób; trzy osoby z depresją w papierach śmieją się nad planszą do gry, w której bierze się pożyczki na ślubne prezenty, pozywa się ludzi do sądu, zarabia się dziesiątki tysięcy, płaci się za operacje, lata się w kosmos na urlopie, ale zgubiono samochody w tym egzemplarzu, więc będziemy popierdalać pieszo do emerytury.

Czegoś wam brakuje w Życiu - chcę powiedzieć miłym panom z obsługi.

Wygrałam.

 

...

 

Czuję się gorszym człowiekiem niż miesiąc temu. Gdzieś przekroczyłam limit wkurwu i frustracji i nie ma odwrotu od wielu szybkich decyzji, od poczucia wielu małych porażek, od wielokrotnych rezygnacji. Dużo pewniej wiem, czego nie chcę. Gdzie jest ta nisza, w której mogę być. Wstawać z łóżka. Chcieć. To nie jest ta tutaj. Nie mogę dawać siebie, gdzie nie chcą. Terror miłości też wykańcza.

 

- Masz coś na oku? - pyta mój śliczny koordynator. - Nie mam - mówię. - Poradzę sobie - zapewniam, choć nie wierzę. - W to nie wątpię - zapewnia, bo wierzy.

Mój śliczny koordynator wyjątkowo ślicznie ubrany jednego dnia mówi: zrobisz nam jakąś kawę? i idzie robić inwentaryzację. Pije stygnącą potem, patrząc na mnie ślicznymi oczami, i mówi mi o mnie rzeczy, których nikt nie mówi, bo wie rzeczy, których nie ma prawa wiedzieć. Widzi coś, czego nie widzę, biegając za własnym ogonem; nazywa, gdzie nie umiem. Jest troską, uważnością i mądrym zmęczeniem. Jest z innej planety.

Chcę na niej żyć.

 

c.d.n.