zabardzość. nadczucie. mapy czarnych dziur.
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
czwartek, 01 maja 2008
szeptem, proszę...
...twoje oczy wyrażają niepokój,
gdy ktoś podnosi głos,
równy temu,
gdy ktoś mówi szeptem...


Plac Zbawiciela obejrzałam wczoraj. Przejmujący, poruszający najgłębsze struny, autentyczny, nieplastikowy. Ukazujący prozę życia: komunikacyjne bariery, przemoc emocjonalną, rozżalenie, odrzucenie, desperację... Przewrażliwiona bywam. Bo były sceny, kiedy drżałam. I nie był to dreszcz wzruszenia i przejęcia ani przyjemne ciarki na plecach. Rozbraja mnie podniesiony głos. Nawet jeśli to tylko filmowe sceny przypominające klimatem realne zdarzenia. Zbyt wiele razy na mnie wrzeszczano i za często nadal podnosi głos na mnie i w mojej obecności. Krzyk to dla mnie emocjonalne piekło. To m.in. dlatego potrafiłam obrócić się na pięcie i odejść, kiedy ważna rozmowa przerodziła się w wykrzykiwanie sobie wzajemnych pretensji. To dlatego puściły mi nerwy podczas wpisów do indeksów, kiedy temperamentna pani dr podniesionym tonem komunikowała nam, jak jesteśmy niezorganizowani. To m.in. dlatego wyłączyłam się podczas głupiej scenki na ćwiczeniach, kiedy miałam zagrać mediatora dwojga skłóconych osób. I wreszcie dlatego zaszkliły mi się oczy i powoli uciekałam w siebie, kiedy P. potwornie nerwowo prowadził samochód. Nie wstydzę się moich reakcji, przecież to nie moja wina. Ale wciąż przeraża mnie niezrozumienie, które jeszcze pogarsza sytuację...
Coś niehalo z moimi synapsami, z mapami pamięciowymi, bo pewne bodźce sprawiają, że znów czuję się jak mała, bezbronna dziewczynka, która nie potrafi zatrzymać gromów złości fruwających nad jej głową. Nie znoszę krzyku, nie toleruję, nie dźwigam. Znam bardziej cywilizowane sposoby wyrażania złości. I obiecałam sobie, że nie będę powielać schematów, nie będę wpadać w spiralę przekrzykiwania. Wolę odejść. Zabierając ze sobą resztki godności.

A juz zdecydowanie wolę szept. Głęboki. Wprost do ucha. Z czuciem drugiego oddechu. Delikatnie drażniący membranę. Wtedy też drżę... ale lubię tak zadrżeć. A najbardziej lubię czuć słowa całą sobą- wtulona w drugą osobę. W końcu dźwięki to fale. Drgania cząsteczek. I mogą zamieniać się w fale ciepła...


Porcję ciepła raz, proszę...

marzycielstwo nad kubkiem mleka
Kubek gorącego mleka, ciepły kocyk i dobry film. Typowy leniwy agnieszkowy wieczór. Wersja minimalistyczna miłego leniwego wieczoru.
Moja O. powiedziałaby, że wersja maximum to usiąść tak pod kocykiem we własnym, cichym mieszkaniu... Dla mnie wersja maximum to dwa kubki. Wszystko jedno gdzie. I żeby to nie koc mnie dogrzewał.
Tak, wiem, niepoprawna marzycielka ze mnie... i co, zabroni mi ktoś?
środa, 30 kwietnia 2008
emocje motywacje frustracje
K: "...bo ty się boisz, że będzie dobrze." Ja: "boję się, że będzie... nijak"

A teraz jeszcze kilka dni (tygodni?) i pierwsza euforia minie. Entuzjazm umrze śmiercią naturalną.I wtedy co? Wróci bezczucie przecinane krótkimi chwilami popłochu? Mam teraz te swoje eMOCje. Kopnęło mnie nieco do przodu- fakt. Odebrałam lekcję- fakt. Dobrze jest czasem coś intensywniej poczuć- fakt. Ale za tą widoczną przeciętnemu śmiertelnikowi powłoczką nucenia pod nosem i uśmiechania się do własnych myśli i wyobrażeń kryje się potrojone sfrustrowanie. Ot co.

Taaak, teraz powinnam usłyszeć, że sama sobie szukam problemów, że nie potrafię się cieszyć tym, co mam i biegnącą chwilą, że wymyślam, ze niewiadomoco.Znam to na pamięć. Zawsze jest we mnie ten niepokój. O jutro. O za tydzień. Względnie o za miesiąc. Dalej zwykle myślami nie wybiegam. Przyzwyczaiłam się, że przyjemne uczucia szybko się kończą, albo przestają być przyjemne...

Nie wiem, już jestem desperatką? Jestem żenująca? Żałosna? Czasem tak się właśnie czuję. Takimi kategoriami o sobie myślę. Biedna nieporadna samotna sierotka. Straszne słowo, co? Brrrr... <uśmiecha_się_ironicznie> Może coś jest ze mną nietak, skoro przechodzi mi ono przez gardło. I wychodzi spod palców. Skoro nie gram malowniczego singla. Nie udaję SAMOwystarczalnej, SAMOdzielnej i SAMOcośtamjeszcze. Bo przyznaję się, że mam potrzeby, zresztą naturalne dla każdego człowieka, których deprywacja do najprzyjemniejszych nie należy. Bo jestem ich w pełni (?) świadoma. Bo uczę się określać je słowami. Może to nie żenada, tylko odwaga... przyznania się do swoich słabości, tęsknot i pragnień. Może...

Może skoczę po czekoladę, to mi się poziom endorfiny ustabilizuje... bo rozhuśtał się bezlitośnie. Znam też inne źródła endogennej morfiny... ale tylko w zasięgu myśli. Nie w zasięgu ręki.
wtorek, 29 kwietnia 2008
słabo u mnie z siłą..?

Jedno z moich ulubionych autopytań: jestem silna czy słaba? Czym jest słabość, a czym siła? Po czym to poznać? Jakie są symptomy? Od bliskich osób, które znają moje życiowe ścieżki i większość jagnowych rozterek, zdarzyło mi się słyszeć/czytać, żem silna. Kiedy leżę wbijając tępo wzrok w sufit, kiedy wyję w poduszkę kolejny wieczór z rzędu, kiedy dopada mnie Niechciej Pospolity, kiedy z kwaśno-gorzkim wyrazem twarzy wywlekam się z łóżka kilka godzin później niż planowałam, kiedy znów nie zrobiłam nawet połowy tego, co zrobić powinnam, myślę sobie, że jednak siły to we mnie niewiele. I tłumaczę się przed sobą, że nie mam skąd jej czerpać. Że nie ma kto jej ze mnie wydobyć. Że źródła brak. Że nie ma po co i dla kogo się starać. Z akcentem na to drugie.

Jeśli siła oznacza tłumienie łez, uśmiech numer pięć, twarde parcie do przodu, zdobywanie szczytów (choćby szczytów głupoty) i amerykański optymizm, to nie- nie jestem silna.

Jeśli słabość oznacza brak nadziei, myśli samobójcze, odcinanie się od świata, permanentną izolację i uciekanie w znieczulacze, to nie- nie jestem słaba.

Wychodzi na to, że jak na mnie przystało, w tym aspekcie też jestem niedookreślona. Widocznie taki już jagnowy- wątpliwy- urok

coby na chceniu się nie kończyło
Po raz kolejny do mnie dotarło, że dużo chcę, a mało robię. Dużo marzę, a mało stawiam sobie celów. Dużo od siebie wymagam i za często siebie zawodzę. Dostałam kopniaka, którego źródło nota bene nie ma pojęcia, że nim jest i którego bardzo potrzebowałam. No więc skoro od dawna chciałam mieć własnego bloga, a nie tylko czytywać cudze, to go sobie zakładam. A co mi tam... Przecież nie mogę całe życie ograniczać się do chcenia. Może jednak stać mnie na coś więcej. Może nawet na dużo więcej. Może pora wreszcie samą siebie do tego przekonać, choć przez pół życia uzmysławiano mi, że jest inaczej. I nadal czasem się mnie kopie po tyłku, który sama nadstawiam. I żeby było równo, jeszcze osobiście sobie dokopuję.
Dość. Oficjalnie mówię: dość. Trzeba sobie zafundować kolejną próbę sił. Kolejny sprawdzian. Coś sobie udowodnić...
Marzę, by przyszedł moment, kiedy już nic nikomu nie będę musiała udowadniać... bo sam fakt, że jestem, będzie miał ogromne znaczenie... Cóż, pomarzyć zawsze można...
1 ... 136