zabardzość. nadczucie. mapy czarnych dziur.
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
hermetic

Otwiera szeroko okno balkonowe. Opiera się o framugę. - Przykryj się - mówi. Jest przyjemny chłód. Przez przymrużone oczy patrzę na niego, jak patrzy na to zapyziałe miasto. Jest w tym jakaś obcość, a ja mam w środku kamienie i myślę, że przecież nie można mi pomóc.

 

Rozpoznaję w sobie Miłość. Teraz to już musi być to. Bo ja już chyba niczego z tego nie mam. Bo to się zupełnie nie opłaca.

 

- Masz do mnie o to żal - bardziej stwierdza niż pyta.

- Żal... Będę zawsze o tym pamiętać.

Po setce wódki nawet własna bezbronność robi się czymś odległym. Po setce wódki nie boli, jak wyrywasz sobie wnętrzności. Możesz komuś powiedzieć, jak bardzo go nie było, jak go nie ma. Możesz zupełnie spokojnie przedyskutować własną niewidzialność.

 

Jestem od słuchania o K., od trafnych pytań (chyba powinienem sobie zapisywać), od mądrych spostrzeżeń, od żartów o trzaskaniu drzwiami i jogurcie. Jestem stałym punktem rzeczywistości. Jestem byciem.

Jestem tam tylko dlatego, że K. wyjątkowo tam nie ma. Jestem kawa inka. Jestem erzac. Jestem zawsze second choice. (We are substitute people, remember?)

Są dwie prawdy i nie wiem, która jest prawdziwsza.

 

Kiedy przytulił się tak mocno oniewiemktórej, wybudzając mnie ciepłem swojego ciała, nie ruszyłam się na centymetr. Albo może mi się to przyśniło. Może w ogóle powinno się milczeć o takich rzeczach. Może powinnam milczeć o wszystkim.

 

Może wystarczyłoby:

Hermetic jokes, okruchy ciepła i surówka z rzepy. I taki level naturalności, o którym się już zapomina, że nie jest zwyczajny.

niedziela, 16 kwietnia 2017
na drugie mam głód

To była jedna z tych spowiedzi, w których nie słyszy się nic o sobie. Za to kilka razy słowo Miłość i że Bóg jest dobry, że jest oazą na mojej pustyni. Jest. Tylko nie mam czerpaka.

 

Moment 1.: wybiegam na ostatni autobus z piątkowej liturgii jeszcze zanim adoracja i zanim komunia; nie ma Go dzisiaj dla mnie - myślę - zabrali, zabili, pogrzebali, pustka.

Moment 2.: klęczę w całkiem pustym kościele i ja patrzę na Niego, a On patrzy na mnie; poczekam aż ktoś przyjdzie - mówię półgłosem - nie zostawię Cię tu samego.

 

Gdzieś pomiędzy klęczeniem, milczeniem, symbolami, alleluja, światłem wchodzącym w ciemność i resztą, gdzieś w samym środku jest jakaś ogromna samotność. Jakaś niemożność wyrażenia (większa niż zwykle). I dużo myśli o szeolu. O życiu bez życia, o martwocie i bezruchu, że weź to, że ja już tak nie mogę, ja już nie chcę.

 

Ks. Krzysiu mówił dziś o Janie, który zatrzymał się i poczekał na Piotra; że nie wchodzi się w pojedynkę do pustego grobu.

Siedzę okutana kocem, jem truflowy sernik i szukam czegoś do słuchania rankami w miejsce Adasia, żeby choć przez 10 minut dziennie ktoś do mnie mówił o Bogu.

 

...

 

Jestem głodem. Tą jego ekstremalną wersją, kiedy przestaje się wierzyć w istnienie sytości.

Coraz sprawniej poruszam się w świecie złożonym z braków.

 

Nie ma dla mnie obietnic. Nie wiem, jak się ufa.

Ale siedzę w tym grobie i czekam, czy po mnie wróci.

I tak nie miałabym dokąd pójść.

 

I jeśli to miejsce zamieni się w katolickiego bloga, to nie będę przepraszać. Bo ziemia nie pachnie jak dom*.

* Peter Kreeft
20:09, ja-inka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 marca 2017
nie wierzę

Nie wiem, czy to bardziej wolność, czy cynizm. Już nie wierzę w wiele rzeczy. W zrozumienie, wpatrzenie, torty, imprezy-niespodzianki, odwiedziny-niespodzianki, w jakiekolwiek dobre niespodzianki, w słuchanie muzyki w milczeniu, w zgrane paczki, w spacery po parku, we wspólne wakacje, w wycieczki rowerowe, w bycie tęsknioną, w związki, w zakochania, w fascynacje, w delikatność dotyku; w to że to są rzeczy dla mnie.

 

I jeśli ktoś myśli, że przechodzi się terapię i wszystko zostawia się za sobą, to się myli. Trzeba potem za wszystko zapłacić. Na przykład instruktorce fitnessu za lata zajadania emocji. Albo dentystce za lata ignorowania podstawowych zasad higieny. Albo komukolwiek za cokolwiek. Za myśli, słowa, uczynki i zaniedbania. Za wszystko dostaniesz rachunek. Bez szans na umorzenie, z dużymi odsetkami.

poniedziałek, 20 marca 2017
za

- Jak sobie zrobiłaś okulary i robisz sobie twarz, to znaczy, że teraz umówisz się do dentysty...?

- Jestem umówiona na czwartek.

 

...

 

Nie mogę myśleć o sobie dobrze. Nie mogę myśleć, że zasługuję na miłość albo że nie trzeba zasługiwać na miłość, że ktoś mnie powinien kochać jak trzeba, albo że jestem fajnym człowiekiem w ogóle, nie mogę. To by za bardzo bolało. Nie mogę w ogóle o sobie myśleć. Mogę robić rzeczy. Najlepiej nie licząc, że coś zmienią. Najlepiej w ogóle na nic nie licząc.

 

Wszystko co robię, to jest Zamało. Cała jestem Zamało.

niedziela, 19 marca 2017
wszystko się zbiega

W piątkowy wieczór pierwszy raz od dawna słowa coś mi robią dobrego. (Słowa takie jak często; plus kilka emotikonek.) Dotykają w tym miejscu pod żebrami, gdzie się spotykają nerwy. Gdzie się wszystko zbiega. Siedzę kilka minut z tym uczuciem. Bo to jest tak, jakby się wracało do siebie. Jakby się spotkało kogoś dawno nie widzianego, kogo się zostawiło kilka lat temu i nie wiedziało, gdzie szukać. To jest tkliwość.

 

...

 

Nie mówię już o opuszczeniu, o tym, że nikt nie wie, nikt nie zna, że wszystko wraca i że strach, że wszystko sama i że nie ma dokąd, że nikt nie używa wyrazów, które znam najlepiej. Po co. Opowiadam o pracy i zakupach w Biedronce, o życiu udającym normalność, o miłych wieczorach, o dziwnych spektaklach, że umówiłam się do kosmetyczki, że ci nastolatkowie tacy awkward i że kiedy idziemy na piwo. Przecież nawet nie lubię piwa.

 

Chcę słuchać Sigur Rós i przytulać się do ludzi.