|
|
środa, 25 stycznia 2012
uczę się
Z wylęgarni zarazków przywiozłam sobie katar, bo dawno nie chorowałam i już mi brakowało. Tak, byłam żem tam pojechała, schowałam dumę w kieszeń. - Po tym, czego się od nas nasłuchałaś, to dziwię się, że chciałaś tu pracować - mówi mi moja ulubiona A., w biegu przełykając herbatę i kanapki. Oh, well, tłumy się nie zabijają, żeby mnie zatrudnić. Ktoś inny się dziwi, że po tym wszystkim wróciłam. - Ciągle mogę się tu czegoś nauczyć.
Tymczasem godzina zabawy z układankami z moim D. i zaciesz, bo wypowiedział nowe słowo i umie już złapać coś w palce. Życzliwie wybaczam ciągnięcie za włosy, niech zna moje serce. Godzina nibyukradkiem podsuwanych B. puzzli, niech myśli, że sam ułożył; tak, śliczne szlaczki, szkoda że omijasz przerywane linie. Godzina z ciasteczkowym S., klaszczemy, piszemy, wyklejamy wielbłąda. Kilka godzin zacieszu.
- Cześć. - Cześć. - Będziesz? - Będę. - Uśmiech. Cmok. Prostota komunikacji. Who could ask for more?
...
Budzę się z bólem oczu, spuchnięte powieki opadają. Płakałam przez sen? Jakaś nowa forma lunatykowania? Może po prostu chora będę. Kolejny sygnał od wszechświata z serii Zadbaj_O_Siebie.
Śniadanie, kawa, The Smiths, wiadomości, telefony. Wodzę sennym wzrokiem po pokoju, trzeba posprzatać, albo zrobić okopy.
Nic nie uwiera prócz czarnej dziury. Stoję naprzeciw, patrzę uważnie, dotykam krawędzi. Dalej coś musi być, nic nie jest ciągle takie samo, zrobię kolejny krok i przyjdzie Inne, musi.
Przyjeżdża P., opracowujemy biznesplan, dzielimy obowiązki, grzejemy dłonie herbatą. Ważne, żeby umieć jakoś zostawiać ambiwalentne uczucia za sobą i zgodzić się na coś dobrego, jako daleką konsekwencję dawnego bagna. Pomimo.
...
Nie jestem w stanie obnażyć się już bardziej. Nie mam już żadnych intymnych emocji, które mogłabym z siebie zrzucić. I kiedy tak stoję zupełnie odsłonięta, powinnam chyba - spoliczkowana słowami - poczuć upokorzenie i żal i wstyd.
Powiedziałabym, że czuję wolność, gdyby to słowo nie było tak wyświechtane.
Ta cisza nawet nie ma smaku. Ta cisza nawet nie wiem czym jest, ta cisza. Nawet nie boli.
niedziela, 22 stycznia 2012
w lustrze
Z poukładanych myśli trudniej wycedzić słowa.
...
Na przyszły tydzień trzy spotkania, czekam na trzy telefony. W tym nie udało się spotkać z tymi, którzy najważniejsi, bo jest zawsze jakiś milion spraw ważniejszych niż ja. To nawet nie jest żaden żal ani nic. Tylko zupełnie trzeźwe spostrzeżenie, prawie dotykalne, wystukane na zachlapanej sokiem z pomarańczy klawiaturze, gdzieś między kawą a ciastem z wiśniami. Z twarzą kamienną. Tak po prostu już jest, right?
Na kolejne wiadomości trzeba odpisać. Od kolejnych wiadomości się trzeba powstrzymać. Brodziłam wczoraj w brei na chodniku i pomyślałam, że to jest jednak jakoś karma. Że ten stan jest odbiciem dawnych wieczorów, mojego co ty tu robisz?. W jego zobojętnieniu przeglądam się jak w lustrze, odwracam głowę. Chcę napisać: mam wrażenie, że coś zrobiłam albo powiedziałam nie-tak i nie wiem co, ale przypominam sobie, że to jego własne słowa. Leżał wtedy na kanapie, skakał po kanałach, miał pogubienie w oczach. What goes around, comes around. I już wiem, dlaczego kiedyś prosił, żebym nie ironizowała. Już znam ten świdrujący ból.
Zresztą, widzimy co chcemy.
...
Potrzebuję kogoś, żeby mi powiedział, że to ciągle ja, chociaż lżejsza o wiele emocji, chociaż bez nich nie umiem się jeszcze poruszać i trzeba mi podać rękę. Żeby mi to ktoś pokazał. Może wypisał palcami na skórze.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
- poznałeś kogoś? - ja? nie, nie. wiesz, ja raczej nie wzbudzam zainteresowania wśród ludzi
Słyszę, że chyba masz dobry dzień... - A więc jednak się udało. Umiem pytać o kolokwium z anatomii i mówić z uśmiechem: fajnie, umiem się zacieszać, kiedy opowiada o tej ostatniej imprezie, chociaż jeszcze chwilę wcześniej w środku wszystko się gotuje i łzy wściekłości z rozżaleniem pulsują pod czaszką. Więc już się umiem dystansować od własnych emocji. Good for you, Agnieszku. Well done. - Ja mam dobry dzień? - Parskam histerycznym śmiechem.
...
Wygrzebałam nocą na strychu kilka odcinków Magdy M. Oglądałam wlewając w siebie nieswoją whisky. (T. by powiedział, że Naszą).
Zazdrościłam jej kiedyś (obok urody, ładnej figury, dobrej pracy, samozaparcia, mieszkania, kota, zgranej paczki przyjaciółek, samochodu i tabuna uganiających się facetów) Sebastiana. Bezpiecznej relacji z facetem, do którego można zadzwonić o różnych dziwnych porach i on wtedy wsiądzie w samochód i przyjedzie postawić do pionu ciągnąc za warkoczyk, z którym można jeść lody z popcornem i płakać oglądając Casablankę, dużo jeszcze rzeczy. Potem zapomniałam o Magdzie, a był czas przyjemnego poczucia, że to mnie należy zazdrościć. Odkryłam to niedawno i uśmiechnęłam się do siebie.
No więc oglądałam wczoraj sącząc tę whisky. I ta scena w parku zimą. Po tym, jak dzwonił do niej dziesięć razy, aż w końcu wyłączył telefon. Kiedy on ze śmiechem mówi, że nie wie, czy jej zazdrościć czy współczuć, taka jest zapracowana i szczęśliwa, patrzy w obiektyw, żeby uniknąć patrzenia jej w oczy, rzuca, że drzewo wygląda, jakby miało depresję. Ona ma do powiedzenia tylko: ja tego nie wytrzymam, idę. Kiedy mówi, że za nią tęskni, nie ma do powiedzenia już nic. Poza: zimno mi z rozbieganymi oczami.
Powiedziała: teraz koncentrujemy się na tobie, ale odchodzi po dwóch minutach, bo nie może go znieść... A on robi jej zdjęcia, jak idzie z tym swoim zapracowaniem, zakochaniem i szczęściem i zostawia go samego.
Stałam się Sebastianem. Isnt't it ironic?
Chyba zasługuję na więcej - pomyślałam na fali głębokich i pokornych autoanaliz. Za tę całą otwartość i zrozumienie, którymi zasypuję świat. Jako kontynuację tych wszystkich wyznań, jakoby mnie się mówiło więcej niż komukolwiek i jak to się można przede mną otworzyć. W ramach zwrotu podatku za to uważne słuchanie i opiniowanie i wiszenie na telefonach i pytanie i interesowanie sie posranymi ludzkimi życiorysami i dawanie wsparcia i bycie.
Ale życie nie polega na zasługiwaniu, right? Każdy dobry uczynek będzie surowo ukarany.
Idę, śnieg skrzypi, łzy mi kapią i myślę, że karma jest suką albo nie istnieje.
niedziela, 08 stycznia 2012
znikłam się
To było mocne uderzenie. Ta myśl znikąd, że pogubiłam po drodze mnóstwo kawałków siebie, że zszarzałam, zbladłam i prawie mnie nie widać. Że się rozmyłam i się znikłam. To poczucie tęsknoty za sobą...
Brakuje mi chodzenia po second-handach. Robienia zdjęć. Nowych smaków herbat. Kupowania słodyczy u ulubionej pani w Alexie. Noszenia spódniczek. Kolorowych rajstop i cieni na powiekach pod kolor. Kawy z ekspresu. Sałatek ze świeżych warzyw, z dużą ilością ziół. Nocnych seansów Grey's Anatomy. Bajaderek. Pisania maili...
Brakuje mi tego stanu, zanim zaczęłam wszystkim wokół do bólu zazdrościć tego, czego nie mam. Tego kim są. Tych, których mają obok. Brakuje mi siebie z czasów, kiedy czułam, że to, co robię (lub czego nie robię), ma jakiekolwiek znaczenie.
W środku nocy wywaliłam z szafy tonę ubrań, ułożyłam w stosy. Potem zrobiłam pachnącą korzennie herbatę i włączyłam Chirurgów...
Gdzie się podziało moje życie?
Kiedy siebie zgubiłam i dlaczego, do cholery, nikt mi o tym nie powiedział?(!)
piątek, 06 stycznia 2012
no cóż
Z dołu pachnie wigilią nr 2, tą w mniejszym pośpiechu, z mniejszym napięciem, bez biegania do końca ze ścierką i nerwowego patrzenia na zegarek. R. obiera czosnek. Przypaliła się cebula. Z niewyraźnym uśmiechem myślę o tym, że kiedy będę siadać do kolacji, T. pewnie będzie układał włosy na gumę, prasował koszulę... Już słyszę te opowieści o poznańskich klubach. Uśmiecham się nieco wyraźniej. Połową twarzy.
[Bóg to sobie jakoś tak dziwnie wymyślił, że przyjaźni doświadczam z ludźmi, dla których moja perspektywa patrzenia na świat zawsze będzie nieco dziwaczna. Że modlę się za tych, którzy za mnie nigdy nie będą. Że szukam zrozumienia w dziwnych miejscach, że szuka się u mnie zrozumienia spraw dla mnie abstrakcyjnych. Że mi najbliżej do tych, od których dzielą mnie przepaści nie do przeskoczenia. Bo nikt jeszcze nie przeskoczył własnego światopoglądu, swojego czucia. (Nie)wiary.
Jakoś tak to sobie wymyślił, że przez większość czasu jest ze mną sam na sam.]
Śmiałam się, kiedy pytał. Tak T., jedź, mówiłam; nie wiadomo, kiedy będzie okazja, T.; powinieneś się stąd wyrwać na chwilę; nie T., nie będę miała żalu; nie T., niczego mi nie obiecałeś.
Pisze, że odpoczywa oraz: aż mi się płakać chce, że jeszcze tak umiem, co brzmi jak: spędziłem z tobą ostatnio trzy dni, ale właściwie to się męczyłem zamiast odpoczywać. Oh, well. Pewnie widzę rzeczy, które chcę. Tą masochistyczną częścią mózgu. Taplającą się w poczuciu oddzielności, krztuszącą się samotnością, zamiast po prostu zamknąć oczy, wziąć głeboki oddech i przełknąć.
czwartek, 05 stycznia 2012
fantomy
Jestem dobra w tęsknieniu. Potrafię je ubrać w słowa, rozebrać ze wstydu. Kiedy tęsknota się rozmywa, robię się niewyraźna.
Za bardzo koncentruję się na sobie. Na ranach, bliznach, starych ścieżkach w głowie. Na lęku. Nie umiem już wychodzić poza siebie, nabierać dystansu, zostawiać. Nic do mnie nie trafia. Próbuję wyciągać znaczenia z kontekstu. Jak na obcojęzycznym filmie bez dubbingu.
Różne słowa docierają do mnie z opóźnieniem. Przypominam je sobie ni stąd ni zowąd jedząc sama śniadanie, jadąc autobusem, czytając książkę. Siedzę np. z kanapką w ręku i nagle w głowie mam: Bogu wiedział, co robi, kiedy cię stwarzał. Czytam Hłaskę i przerywam wpół zdania z tępym wyrazem twarzy, bo przecież... to odwracanie się w nocy i przekładanie ręki przez mój bok... I rozczulam się nagle. Smażę pancakes'y i z łopatką w ręku zamieram nad jakimś zdaniem sprzed tygodnia, uśmiechem z piątku, sobotnio-niedzielnym pytaniem. Mam fantomowe bóle zeszłorocznych rozmów. W obrębie mózgu zakrzywiła mi się czasoprzestrzeń.
Jakby przeżywać i czuć to było zbyt dużo naraz. Jakbym sobie emocje odłożyła na później. Na teraz.
Muszę czymś przykryć tę dziurę, co to przez środek i na wylot. Głupio wygląda.
wtorek, 03 stycznia 2012
niedopasowanie
Jest w tyle czaszki chodzenie po supermarkecie, lasagne szpinakowa robiona together, trudne pytania (Ty lubisz trudne pytania, zwłaszcza ode mnie) i szczere odpowiedzi, dużo whisky, dużo śmiechu, ciasteczkowe lody jedzone po ciemku, siedzenie pod kocem (nie rób wiatru), wyciąganie ciepłych wspomnień, chrupanie chipsami nad uchem, śpiewanie (lean in for a big kiss, put his favorite perfume on...), leżenie na kanapie i oglądanie reniferów, wyjaśnianie z uśmiechem różnych Czasem Mi Się Wydaje (jaa, jak mogłaś tak pomyśleć?), durne żarty na granicy niesmaczności, bałaganienie we włosach, grzanie stóp i myśli i rąk. I uchylanie drzwi do obcego mi świata. Jest poza tym dużo rozleniwienia, dużo mijania się, nietrafionego drażnienia, które ma być żartem a nie jest, gryzienia, które ma być zabawą, a nie bawi, słów osiadających w krtani, drążenia tematów, które bolą nawet przy dotknięciu, zdań wbijanych w plecy, niewyhamowanych złośliwości, niezmilczanych wulgaryzmów, podejrzeń. I jedno spojrzenie prawie z pogardą. Zrobiła się z tego trudna do przełknięcia zupa. Słodko-gorzka, mętna, w smaku podobna do niczego. Albo do życia po prostu. Bez przemyconego słodzika, maskującego lukru, uczuć wygładzonych pośpiesznie dłonią, płakania ukradkiem w łazience zamiast odważnie w twarz. - Ty chyba lubisz przy mnie płakać - poraża delikatnością. - Nie chodzi o to, że lubię. Po prostu przy Tobie sobie na to pozwalam. - Pyta więc o kilka innych osób, a ja przy nich nigdy albo od dawna nie. - Wiem, że mogę. Mam przestać? - Bardzo chciałam przestać.
...
Chwilę przed północą wpada zziajana S. w czerwonej sukience i można razem niepićszampana i nieoglądaćfajerwerków. Można jeść chipsy chakalaka, oglądać Kołaczkowską i gadać o sikaniu (przez okno, do zlewu, na rowerze, pod siebie...). Można tańczyć do Lao Che, można się zapomnieć.
...
Nauczył się chyba wyczuwać napięcia. Pyta co chwilę co Ci jest? (chociaż nic) i dlaczego płaczesz? (chociaż nie). A mi jest nago i trudno i nie mam na to słów ani łez. Ta niewysławialność ciąży i nic się nie czuje, kiedy się go odprowadza wzrokiem do autobusu, mówi się coś w stronę drzwi, zostaje się samej. Dobrego nic i złego nic.
Nie umiem już się dzielić. Emanować nie umiem. Dzielona radość zawstydza tak samo jak smutek, tak samo wprawia w zażenowanie, obnaża. W samotności wyrosło wszystko - czytałam kiedyś w polowaniu na obłoki - i kiedy ktoś jest blisko, ogranicza mi przestrzeń na emocje. Oraz: kiedy się przy nim cieszę, myślę zaraz: spójrz na siebie, dziewczyno, pszesz nie ma z czego. Kiedy się przy nim cieszę, myślę zaraz, że są rzeczy, których nie przeskoczę, mury, których nie przebiję głową, przepaści, które można co najwyżej zasypać gruzem jałowych rozmów i błahych spraw. - Nie jestem najlepszym pocieszaczem - mówi on, kiedy zalewa mi mózg fala rozszalałych hormonów i płaczę. - Nie to jest największym problemem - myślę ja, kiedy dwa dni później idę sama chodnikiem i zacieszam załatwiając te wszystkie sprawy, o których sza. Kiedy wreszcie potrafię.
...
Brakuje mi komfortu bycia sobą - skóry skrojonej na miarę i wygodnych myśli.
Jestem głodna kogoś, kto by czuł świat jak ja. Tymi samymi nerwami dotykał rzeczywistości. Tym samym ironicznym uśmiechem przytulał dni. Tak samo głęboko i łapczywie zanurzał marznące ręce w Miłość.
Dlaczego tak strasznie mi tego wstyd?
...
Dopasuj się do mojego kształtu.
czwartek, 29 grudnia 2011
nie wolno
Ubieram się, robię kawę, w słuchawkach Lana Del Rey. Z kieszeni wyjmuję cukierka od N., małej kobietki, tak ważnej dla T., z którą dwa dni temu grałam w gumę i bawiłam się pet-shopami, która opowiada o mnie tacie przez telefon, na pożegnanie przytula się, doprowadzając prawie do łez.
- Wy kiedy jedziecie, w sobotę? - Dzisiaj jedziemy, babciu. Jutro idę do pracy. - Pracujesz jutro? To ty jedź, a Agnieszka może zostać.
...
Nie wolno się przyzwyczajać do istniejącego stanu rzeczy. Trzeba wiedzieć, że się wszystko będzie zmieniać jak w kalejdoskopie, przepływać falami, przypływać, odpływać, oddalać się, przybliżać. Teraz będą cztery dni chyba z rozmowami przy śniadaniach, z rozmowami szeptem nocą, z czytaniem fragmentów książek na głos, co podobno zbliża bardziej niż spłacanie wspólnego kredytu (patrz: Wiśniewski gdzieśtam), a potem będą pewnie oddalenia, przepaście, fosy bez zwodzonych mostów albo z, ładunki wybuchowe wrażliwe na dotyk. Nie wiadomo.
Nie wolno mówić za dużo o ponurych myślach, za które trzeba będzie się wstydzić, ani o odczuciach zakrawających o absurdy. Trzeba oswoić skutki własnych wyborów, nie bać się odsłonić, nie odwracać się przy spojrzeniach.
środa, 28 grudnia 2011
strange
Stłuczona lampka, szkło na podłodze; poświątecznie sprezentowany Stachura i te słowa na pierwszej stronie, przy których szlocham; whisky z colą po północy; komentowanie filmu i głupie szarpaniny; czytanie w myślach albo jego próby; rozmowy o psychoanalizie i prawie pierwszych połączeń, po rozmowach o jego tyłku, moich udach i fioletowych majtkach; lubię, jak dotykasz moich włosów.
To wszystko jest jakieś dziwne do granic, myślałam o tym, kiedy obudziliśmy się rano obok siebie, kiedy prasowałam mu koszulę, kiedy robił mi śniadanie w mojej kuchni, a potem jechaliśmy pociągiem do jego rodziny w jakiejś zapadłej wsi, kiedy mu przynosiłam do przymierzalni ubrania, kiedy się żegnaliśmy na przystanku z twarzą przy twarzy. Dudni między uszami to bolesne pytanie dlaczego ja?, na które nikt mi nie potrafi udzielić odpowiedzi, bo może jej nie ma i ta opcja boli najbardziej. Wiem, że to wszystko to jeden szeroki uśmiech Boga do mnie i tylko dziś rano, kiedy się budzę z niesmakiem, przypominając sobie sen, modlę się, żeby zasnąć na powrót i już nie pamiętać. Za drugim przebudzeniem niesmak jest mniejszy, obraz bardziej rozmyty, thank God.
Ta dziwność ma szczególny smak, zostawia coś takiego na języku, co zabarwia wszystko inne co potem. Ta dziwność jest jak z gumy i trzeba bardzo uważać na jej brzegi, żeby nie naciągnąć, nie przerwać, żeby nie. To jest ten rodzaj dziwności, który się oswaja po kawałku w czeluściach mózgu, żeby móc potem nawet głośno o niej powiedzieć i usłyszeć w odpowiedzi coś nie mniej dziwnego lub wpędzającego w konsternację. To jest taka dziwność, w którą by się chciało schować jak w kokon, przed całym normalnym światem, w którym nie ma dla mnie miejsca albo jeszcze go nie znalazłam.
środa, 14 grudnia 2011
trzymam się
Szukam w tym wszystkim jakiegoś głębszego planu. Pokrętnej odpowiedzi na modlitwy. Niezrozumiałego komunikatu z drugim dnem. Fragmentu drogi z niewidoczną za zakrętem przestrzenią. Obietnicy wielkiego spokoju po trzęsieniu rzeczywistości. Trzymam się utartych schematów i wewnętrznych głosów niewiadomego pochodzenia. Obiecuję się nie puszczać.
Jestem jak kot. Lubię chodzić po płotach oddzielających mnie od innych. Po krawędzi.
Zwykle spadam masłem w dół.
|