zabardzość. nadczucie.
piątek, 04 maja 2012
drobne

Emocji jest tak mało, że przestaję się nimi dzielić. Strach, że ktoś ich nie poczuje razem ze mną i coś z nich stracę niepotrzebnie. Rozmyją się, rozwieją, rozwodnią. Rozmienią się na drobne, drobniejsze.

Jak czułam dużo, można było szastać. Pozbywać się nadmiarów. 

 

...

 

Przypominam sobie tę wtorkową rozmowę o kacu. O moralnym też. I czy ja też miałam. - A nic już. Nieważne. - No o co codzi, S? - Niic. - Że powinien wiedzieć? - No. - Wie. Tylko nie wie, że wie - mówię patrząc T. w oczy, poprawiam się nerwowo na miejscu. Ucinam temat, migają twarze w głowie, nie chcę. Zwłaszcza historii, o której T. nie dowie się chyba nigdy. Dobrze, że wie o P., było mu czym zamknąć twarz, powstrzymać pytania. - Dobra, skończmy już. - Ilość jego powodów do moralnego kaca przerasta najśmielsze wyobrażenia, ale to nie ma nic do rzeczy, tu porównań nie uskuteczniam, porównania to tylko tam, gdzie można siebie pognębić. Zresztą, on po prostu brał to, czego chciał. Ja byłam po prostu samotna, żenująca i godziłam się na byleco. To zupełnie co innego, prawda? - Nie będziemy przecież teraz o tym rozmawiać. - Pociągam kolejnego łyka ze szklanki. Pewnie nie będziemy już w ogóle.

 

...

 

Czego w sobie najbardziej nie lubię? Jest kilka rzeczy, ale najgorsza jest ta, że wciąż potrafię zalać się łzami zazdrości, gdy komuś udaje się coś, co mi się prawdopodobnie nie uda nigdy. Najstraszniej jest wtedy, gdy wydarza się to ludziom, których naprawdę uwielbiam i za których zawsze trzymam kciuki. Uśmiecham się i cieszę się z nimi, ale później w domu wybucham płaczem. I jest jeszcze gorzej, bo nienawidzę się za tą żółć, która się we mnie zbiera.

 

...

 

Robiłam nam drinki (bo ty robisz lepsze), gadaliśmy o szklankach (jego? naszych?). - No co? - Nic. - No powiedz. - Skoro są moje i powinny stać u mnie, to ty też powinnaś być u mnie... Wiem, brzmi jakbym cię sprowadził do rzeczy...

Stałam rozmontowana w drzwiach. 

 

...

 

Minęły cztery lata, odkąd piszę. Podsumowań nie będzie. Chyba żeby ktoś chciał podsumować za mnie. Don't be shy.

środa, 02 maja 2012
odpoczęcie

Dużo alkoholu (mocnego, słodkiego). Mało jedzenia (za to dobrego jak cholera). Mnóstwo zdjęć (kilka perełek). Osiem kilometrów spacerem; pierwszy raz lustrzanka w rękach, zakochałam się od pierwszego dotyku; popegeerowskie ruiny, młode zboże, wysokie trawy. - Wskakuj na barana i biegniemy!

 

...

 

Właściwie prawie nic nie mówię, no bo o czym. Słucham uważnie, pytam, wchodzę w dialogi, ale nic mnie przecież nie dotyczy, chociaż dotyka. Komentuję tyle, ile trzeba, o ile nic mi nie przyćmiło osądu. Dopóki trzymam w środku zazdrość, kaleczę nią tylko siebie. I jest przecież dobrze wszystko, oddycham głęboko, w głowie zaledwie szelest, na głowie bałagan, na szyi aparat. Mrużymy oczy.

 

...

 

Zapalam jedną świeczkę, wchodzę do pokoju ze śmiechem i z tortem (staram się nie pamiętać, że nad nim płakałam, bo nic nie chciało wychodzić jak trzeba), śpiewając happy birthday. Głupia jestem czasem niemożliwie. - Pomyśl życzenie.

 

...

 

Łapczywie nadaję chwilom znaczenie, kompulsywnie chwytam się każdej szansy czucia czegoś innego niż znudzenie i rezygnacja.

Poczucie oddzielności jest dobre, ja wiem. Dobre jak nowe buty, na które się klnie z krwawiącymi stopami. Dużo kosztuje i trzeba rozchodzić. Potem już będzie zupełnie wygodnie, potem już tak. Teraz jeszcze się trzeba oddalać będąc blisko. Przytulać obcość.

 

...

 

Mam ciasto! - A ja torta! To co, wpadniecie i się wymienimy? - Siedzimy we czwórkę plus moje alterego, obserwujące wszystko z boku, pękające ze śmiechu. S. i jej słaba głowa oraz brak zahamowań, jej zblazowany facet mający niewiele do powiedzenia, T. rzucający żartami, które tylko ja rozumiem, ja wyzłośliwiająca się jakby na pokaz, rozluźniona procentami. A jednak dobrze mi jest i wszystkojedno, a potem przesypiam całą noc, aż do siódmej tradycyjnie od dwóch miesięcy. I jeszcze drzemię chwilami, z twarzą przy karku, bez pytania. Wstaję, przykrywam kołdrą całkiem zgrabny tyłek w białych bokserkach, idę smażyć jajecznicę, czekam, czy usłyszę za sobą nie rób wiatru.

 

...

 

Nie mogę mieć do nikogo żalu o to, jak wygląda moje życie. Nie mogę mieć do nikogo pretensji o to, że ma ciekawsze, barwniejsze, sensowniejsze, doroślejsze, bardziejsze pod jakimkolwiek innym względem. Nie chcę być w niczyim pępkiem. Chciałabym tylko, żeby moje własne nie kręciło się przez 90% czasu wokół tych samych nudnych ludzi i nieistotnych spraw, niewidocznych starań, gestów, na które nikt nie czeka. Albo żeby to mniej bolało. Albo żeby ktoś był i wiedział, jak być, kiedy boli.

 

...

 

Odpocząłeś mnie. 

niedziela, 29 kwietnia 2012
macki

Przedszkole pachnie dziecięcą kupą, truskawkową pastą do zębów i nawilżanymi chusteczkami. Uczy na nowo koncentrowania się na innych, dystansowania emocji, uciszania ambicjonalnych ścieżek tnących wszystko na przełaj, siekających na części; formułowania jasnych komunikatów; że mam prawo czegoś wymagać.

 

- Pani, kocham ciebie - mówi mi jadący plastikowym autem Mati; uśmiecham się do jego kiełkującego ADHD. Jak wtedy, kiedy już się obudził, a jego nadpobudliwość jeszcze nie i zacieszał do mnie z leżaka.

- Pani, ja cię kocham - mówi mi Maksio z dziurą w spodniach, zamiast zdejmować kapcie jak prosiłam; odgarniam mu loki z oczu. Wielkich, niebieskich.

 

Marszobiegi na przystanek. Rytualna czarna kawa w południe. Zasikane rajstopy, piasek w buziach, obiad na spodniach, inne uroczości. Stokrotki w kieszeniach, ból w zwojach, przeciwbóle w żołądku, krew z nosa. Mniej lub bardziej udane pacyfikacje. Mniej lub bardziej rozbrajające wyznania. Mniej lub bardziej nasilony odruch wymiotny.

 

- Paniii, a usiondzies tuu? - Pewnie. Jak wszystkie dzieci będą leżeć. - Przysuwam sobie krzesełko do leżaka Matiego i jego kiełkującego ADHD, głaszczę po włosach. W dziesięć minut zasypiają. Ale zostaję jeszcze przez chwilę.

 

Wypróbowywanie sherbornów, masażyki, gadki z Franiem o niewidzialnym kubku, bieganie za piłką, rysowanie motylków, czytanie Franklina, tarzanie się po dywanie, wszystkie małe rzeczy dotykają w środku, wyciągają macki, uczepiają się kręgosłupa.

 

Lubię sobie wyobrażać, na kogo wyrosną.

Nie lubię myśleć, że jestem tylko mało istotnym epizodem w ich krótkich narazie życiach, że przecież sprzed czwartego roku życia zwykle niczego świadomie nie pamiętamy, co im po mnie zostanie. Może trochę ciepła przy kręgosłupie. Może kilka neuronalnych połączeń.

Boję się myśleć, że już nikt nigdy w nich nie zobaczy tego, co ja. Nie lubię się bać.

 

...

 

Dwa tygodnie temu w skm-ce dziewczyna z kociakiem na kolanach, dwóch facetów rozmawiających po angielsku, D. obok mnie i przyglądający nam się bacznie mężczyzna na siedzeniu obok. Mogłaby być moją matką chyba. A jednak rozmawia się tak swobodnie, je się ksylitolki, śledzi się ruch jej oczu, kiedy opowiadając patrzy w okno. Fascynująca.

Dziś w skm-ce Buszujący w zbożu, czipsy z Biedronki, uśmiechy do siebie.

Za dwa tygodnie znów mnie będzie można zobaczyć na stacji kolejki, pewnie będę w spódniczce, pewnie będę już miała krótszą grzywkę, pewnie będę czytać Stachurę. Będę miała w zeszycie kolejne strony notatek, a na twarzy wypisane poczucie, że idę we właściwą stronę. Przynajmniej na tej jednej drodze na pewno.

niedziela, 08 kwietnia 2012
nie ma mnie

Są we mnie hektolitry rozgoryczenia. Pluję nimi przez zęby, choćbym je nie wiem jak zaciskała. 

Wymknęłam się sobie spod kontroli.

W zmęczeniu jak to puszczają pewne granice, słowa nie zatrzymują się w sicie rozsądku, wylatują z ust bezwiednie.

 

Im się człowiek bardziej obnaża, tym bardziej czuć cudzy chłód. Metaforyczna tautologia/tautologiczna metafora. 

I wcale mi nie jest cieplej, kiedy się owinęłam drutem kolczastym. Jest mi teraz dodatkowo niewygodnie. Nie potrafię się ruszyć, żeby się nie pokaleczyć. Sama nie odplączę.

 

Kiedy T. przyjeżdża tydzień temu zupełnie zaskakując i staje w drzwiach w mokrym swetrze, co to go kupił w Poznaniu, chwilę po telefonicznej rozmowie, z prawie pustą torbą, bo spontan, nawet nie wiem, czy się cieszę, ale wiem, że powinnam. Więc zaciesz na ryj, uścisk długi, wdychanie zapachu, słuchanie monologów, skakanie po kręgosłupie, picie herbaty. Brak sił na analizy, na cokolwiek, na emocje nawet. I nie odwracam się, kiedy mówi chodź tu. - Przecież jestem - mówię idiotycznie, zamiast jak przewiduje scenariusz przewrócić się na drugi bok, przylgnąć do pleców. - Nie jesteś.

Nie ma mnie. Nie było.

 

Budzę się w nocy n-tą ilość razy, niechbędziewcześnie niechbędziewcześnie, modlę się przed sprawdzeniem godziny. Sen boli, przez sen się nie czuje obecności.

Wchodzę do pokoju tuż przed wyjściem do pracy, zostawić na biurku list, pod telefonem i okularami. Że dziękuję, że kanapki w kuchni, że napisz... Leży zawinięty w dwie kołdry, z głową na mojej poduszce...

piątek, 23 marca 2012
podrażnienia

Czasem myślałam ty taki nie jesteś. Jesteśmy skłonni wierzyć próżnie, że znamy innych lepiej niż oni sami. Nie chce się wierzyć, że pod tymi wszystkimi kolorami, które się w kimś widzi, kryją się ciemne przestrzenie. Że zmieszane ze sobą wszystkie barwy farb dają idealną czerń, chociaż to wiązka białego światła rozszczepia się w pryzmacie. Czerń i biel, wszystko i nic. Wszystko jest tym samym.

 

Jest jakaś masohistyczna przyjemność w naruszaniu granic o milimetry, w balansowaniu na krawędzi, w ocieraniu się o dyskomfort. W wychodzeniu jedną stopą z bezpiecznego kokonu zasad, norm, logiki i samoobrony. I samozachowawczego instynktu. To jak z tymi nocami, kiedy pod kołdrą jest zbyt gorąco, a bez kołdry za zimno, więc się wystawia nogę. I jest optymalnie. Gorąco i chłodno jednocześnie. To jest jak nie lubię, kiedy tak robisz, ale nie przestawaj. (Jak z łaskotkami. Jak z gryzieniem.)

Przyjemne podrażnienie. Rozkosz absurdu. Lęk przed normalnością.

 

Brakuje mi czucia. Nad-, wy-, współ-. Siedzę z T. na ławce w parku, wystawiam twarz do słońca, przymykam oczy, próbuję być tą chwilą, być w niej naprawdę, pozbierać rozproszone atomy. - Nie za dobrze ci? - pyta. Nie dość uważnie na mnie patrzy, zbyt powierzchownie. - Nie - mówię śmiertelnie serio. - Mogłoby być lepiej. - Co mogłoby być lepiej? - Dużo rzeczy - odpowiadam jak dziecko, żeby nie odpowiedzieć. Kładzie nogi na poręcz, głowę na moich udach. Od ilu miesięcy nie dotykałam jego włosów?

Wytęskniona nienormalność. Niejasne żarty. Nieistotne monologi. Kawałek brownie za książkę. Nieufność za obietnice. Otwieranie drzwi, chociaż nikt nie puka.

 

Ciepło-zimno dla dorosłych. Gra bez zasad. I nikt nie wygrywa.

wtorek, 20 marca 2012
arterie

Kiedy dzwonię o siódmej rano, żeby powiedzieć nie będzie mnie w pracy do końca tygodnia, łapię się nadal na poczuciu winy. Widać wciąż czasem wyżej wartościuję cudzą opinię na mój temat niż samą siebie. Oh well. Nie od razu Kraków zbudowano czy cośtam.

Po raz drugi budzę się kilka godzin później, kładę ser na kanapki, słucham Selah Sue, ogarniam półmetrową górę ubrań, wyciągam kilka zapomnianych ciuchów z szafy, wlokę się na korki, robię obiad i mnóstwo innych nic nie znaczących rzeczy. Wykonuję setki nieistotnych, niewidocznych, wypranych z sensu ruchów, dławiąc się kaszlem w międzyczasie (i to też nie ma znaczenia). I nawet nie wiem, czy to źle.

 

...

 

Autobusy, tramwaje, znikające przystanki. Karmienie oczu świeżością, płuc śmiechem, głowy wiedzą i zachwytem. Obce naskórki przy swoim, katalogowanie granic, badanie pierwotnej ufności, z bilansem na plus.

 

Siedzimy z O. w Retro, w miejscu dawnej Pikawy, (pi)jemy gorącą czekoladę, gadamy o pracy, studiach, dzieciach i pogrzebach. I o odruchach wymiotnych. I o cioci z wąsem. W tym młodym kelnerze pomykającym między stolikami z pociesznym uśmiechem jest coś z T. W sposobie poruszania, oczach, bezpośredniości, uroczości. Coś jakby wytęskniona dzieciakowatość. Wodzę wzrokiem, łapię kontakt. Wychodzimy. - Przypominał mi T. - Tobie też?! - Kilka żartów, historia o numerach telefonów. - Co tam u niego? - Też bym chciała wiedzieć.

 

T. diagnozuje moją postawę wobec siebie jako jak-chcesz-mieć-wyjebane-to-ja-ci-to-ułatwię. Parskam śmiechem. Wtedy, kilka razy wcześniej i kilkanaście razy potem. Ogarnięta rozbawieniem oglądam ze wszystkich stron dręczące poczucie ironii. To nawet nie jest tak, nie umiem wyjaśnić, słownik mi zubożał albo się skomplikowałam niewspółmiernie do słownictwa. Męczy tłumaczenie, nieudolne próby klejenia zdań, którymi dałoby się siebie wyrazić. Mnie trzeba jeszcze zobaczyć, prześwietlić, poczuć, odetchnąć, splątały mi się arterie. To nie dystans, nie obojętność i nic się nie kończy i do nikąd się nie wybieram. Wydaje mi się, że po prostu mniej istnieję.

piątek, 09 marca 2012
eventually you'll see that you're chasing your own tail

Ze sportów uprawiam ostatnio poranne marszobiegi na przystanek. Pustawy autobus szóstapiętnaście, pustawe miasto przed siódmą i mróz. Przymusowy spacer, bo mam do wyboru przyjechać trochęzapóźno i trochębardzozbytwcześnie i z oczywistych względów wybieram opcję drugą. Wydycham kłęby pary, poprawiam na ramieniu szarą torbę, stukam obcasami nowych botków w kolorze ciemnoszarym - pasują mi do szarego płaszcza. Któregoś dnia łapię się na niezbyt cichym nuceniu I bugged your brain.

 

Przedszkole pachnie przypalonym mlekiem, szamponem dla dzieci i starymi dywanami. Osiem godzin dziennie z trzylatkami ma posmak mnóstwa uroczości, ale zostawia bezradność na języku, uczucie niemożności przeskoczenia siebie. Wyznania pseudomiłości, rozmontowujące dialogi i spojrzenia pełne uwielbienia mieszają się w różnych proporcjach z przygryzaniem warg, zdzieraniem krtani, opadającymi rękami, upadającymi myślami. Nie nadaję się. Myślałam o tym przedwczoraj, wyjąc ze zmęczenia, niepewnie wybierając T. z listy kontaktów, patrząc na zapuchniętą twarz, na krew kapiącą do zlewu trzeci dzień pod rząd. Kilka dni wcześniej wysyła mi bez słowa komentarza kolejną porcję wyników badań do przeliczenia, wpisania w tabelki. Niektóre rzeczy są oczywiste. Inne mniej. Oczywistość niektórych przekroczyła punkt krytyczny. I spada nadal.

 

Mój nowy przepis na przyjaźń. Czuj się przy kimś brzydka, zaniedbana, zapuszczona, leniwa, pozbawiona ambicji, nudna, niechciana, niepotrzebna, niestabilna, żałosna, zagubiona, zaborcza, żenująca, niezorganizowana, nijaka, słaba and enjoy it. I chciej więcej. Kur*a. Nie potrafię.

- Pani Agnieszko, przesyłka specjalna dla pani. - Uśmiecham się niejednoznacznie odbierając. Dziękuję. - Powiedział, że będzie pani wiedziała od kogo. - Zleciał pewnie pół miasta, żeby znaleźć dla mnie frezje w Dniu Tulipana. Jak pokaz slajdów przelatują przed oczami letnie ogrodowe kwiaty, różnokolorowe frezje, za którymi biegał po kwiaciarniach (nie musiałeś), goździki - jego ulubione, wielki urodzinowy bukiet lilii (zwariowałeś!), róża zerwana z klombu niedaleko straży miejskiej (za taką miłość to można z 200 złotych mandatu zapłacić - powiedział przechodzący staruszek)... Jak to było się tym cieszyć? Jak to było coś czuć prócz zapachu?

 

Wyczerpały się rezerwy chcenia, komunikowania, myślenia, wszystkiego. Puste magazyny. Pomyleni dostawcy. Ostatnio trzygodzinne spotkanie po miesiącu niewidzenia i stać mnie na tyle, żeby poczekać z płaczem, aż odjedzie jego autobus. Nawet nie mówię, bo kolejne obnażenie zakrawałoby już o kompulsywny emocjonalny ekshibicjonizm. On pisze wtedy, że odżył. Mną to tylko potrząsa, każda bliskość podrażnia rany. Okrutnie myślę, że lepiej się było nie spotykać.

 

Mam w sobie jakiś defekt, który sprawia, że się do mnie przychodzi pochwalić, pożalić, przytulić, ale to, czego ja chcę, nie ma już znaczenia, to co mówię rozłazi się w przestrzeni. Niezależnie od tego, czy ma się lat trzyipół czy dwadzieściakilka.

Chciałabym się prześwietlić, znaleźć to i wyciąć jak nowotwór. Nie wiem nawet, gdzie szukać. Nie wiem, co jest ze mną tak boleśnie nietak. Czy da się to jakoś leczyć.

niedziela, 12 lutego 2012
przełom

Między sobą a ludźmi widzi się mnóstwo barier, kiedy się zechce przyjrzeć. I to już nawet nie boli tak strasznie jak dawniej, nie obezwładnia jak zwykło. Rozmowy kończą się w dziwnych momentach albo nie zaczynają się wcale. Słowa potykają się o cudze projekcje ich znaczeń; obnażone emocje rażą innych w oczy, jakby były strasznym przestępstwem, występkiem przeciwko naturalnemu porządkowi rzeczy. Zamiast się osłonić, nadstawiłam drugi policzek; bolało.

Uczę się ciszy. Zostawiania empetrójki na dnie torby. Wsłuchiwania się we własne myśli, w to co głęboko pod nimi. Wychwytywania sensów w jednostajnym szumie, chaosie migających obrazów.

 

...

 

Dni przełomu. Za chwilę będę już wstawać o piątej, wracać późno, szukać w sobie sił na cokolwiek ponad to, co trzeba. Niedługo będę spędzać godziny w eskaemkach, ze słuchawkami w uszach, z kartkami przed oczyma. Będę biegać na tramwaje raz na jakiś czas, znowu zapisywać zeszyty milionami słów, tworzyć w mózgu nowe połączenia. Teraz się jeszcze oglądam dwa tygodnie wstecz, nie wiem, gdzie pogubiłam dni. - Cieszę się, że zaczynasz mieć więcej na głowie, Ty chyba też co? - Nie będę tyle siedzieć na Twojej - rzucam nie bez ironii. Nie ma się czym cieszyć, to nawet nie jest teraz kwestia wyboru - inna droga nie istnieje, każde inne wyjście kończy się ścianą. Gadam z S. o czekającym zap...lu. - Ale ty to lubisz - mówi. - Lubisz to - powtarza, lustrując z uśmiechem moją twarz. Słynę jako fanka ucieczek przed niewiadomokim, mistrzyni pogoni za niewiadomoczym, maniakalna poszukiwaczka sensu każdego poszczególnego dnia. Czekam tylko aż kręgosłup znów zacznie boleć, jedzenie znów będzie koić, nie będzie czasu tęsknić za niemożliwym, zapomnę, że nikt mnie naprawdę nie chce.

 

...

 

Zaskoczyłaś mnie - mówi mi M. Siedzę drugą godzinę na jego zajęciach, nie pomagam właściwie, bo w czym, za to śmieję się do rozpuku, wyzłośliwiam się strasznie, nie uciekam przed głaskaniem po głowie. Ciągle widzę analogie do chorych rzeczy z przeszłości, ciągle się uspokajam powtarzając niczym mantry rozliczne różnice. Podstawowa: nie jestem już przecież tak głupia. Kolejna: wyczuwam na kilometr dużych chłopców, nie liczących się z nikim i niczym prócz własnego tyłka. Nie mniej ważna: biorę tylko tyle, ile warto i tylko to, za co nie przyjdzie zapłacić zbyt wysokiej ceny; daję tylko tyle, ile warto i tylko to, co porusza właściwe struny, wydobywa czyste dźwięki.

 

... 

 

Druga w nocy. Na lodówce leży zbunkrowany ostatni kawałek brownie. Siedzę w towarzystwie excela, bo przecież pamiętaj że jestem, gdyby coś, więc pamięta. Wolałabym, żeby to coś było czymś innym. Cieplejszym niż światło monitora... 

wtorek, 07 lutego 2012
wiązanie

Idę miastem, słucham Morrissey'a. W torbie Orlando, biała koronka, złota wstążka i sok marchewkowy. Podpisuję papiery, odbieram telefony. Są momenty uśmiechania się w powietrze i nawet patrzę sobie chwilę w oczy bez wstydu za siebie przed sobą. Na mapie Trójmiasta szukam połączeń. Chciałabym się na moment z kimś połączyć. M. mówi mi cześć słońce w drzwiach, łapie za przedramię, robi dwa kroki w tył, daje całusa, puszcza. Rozmowy nad herbatą. Dziecięce twarze ze znakami zapytania. Ciepłe myśli w stronę szpitala, objazdem przez niebo. Wszystkobędziedopsz.

 

Marzną mi dłonie. Trzeba mi cudzych w moich kieszeniach. Albo grubszych rękawic. Trzeba się opatulić kokonem, nie dać się dotykać słowom-ocenom, slowom-osądom, słowom-lodowym-soplom. Nie dać się zwariować podwójnemu wiązaniu. Nie porzygać się na emocjonalnym rollercoasterze.

niedziela, 05 lutego 2012
nieczułość

Drugi raz w przeciągu tygodnia słyszę, że mam wyj...ne. Śmieję się.

 

 

Te same emocje smakują jakby inaczej, zajmują inne przestrzenie. Nad łzami się nie panuje, ociera się opuszkami palców nie przestając mówić. Na przystanku w środku miasta. Pięć metrów dalej się godzinę temu siedziało, wpychało pizzę w usta, wyjadało surówki z cudzego talerza, krztusząc się śmiechem się słuchało o tańcu do rana, jeżdżeniu na łyżwach, trzymaniu się za ręce, zmieszaniu zmieszanym z irytacją, o kolejnych zachwytach. Uśmiech za uśmiechem, przyglądanie się z oddali dławiącym okruchom zbędnych myśli. Zaglądanie przez szybkę do tych części czyjegoś życia, których nie można dotknąć.

 

 

Nie mogę nikogo zmusić, żeby mnie potrzebował z kamienną twarzą. Oraz: boli, kiedy się tęskni bez wzajemności, ze wzrokiem wbitym w zalegający na dachu śnieg. I różne inne rzeczy równie trudno przechodzące przez gardło, równie brutalnie obnażające rany i zadrapania.

 

Niecenzuralne słowa w ramach komentarza mojego pokręconego sposobu czucia. Zupełnie pokręcone komunikaty o rzekomym bezczuciu; nieczułość, bezrozumność, mamtowdupizm. Nie zawsze taki byłeś.

 

To że się trochę uniosłem... - Chłopcze, ja mam ochotę Ci się rzucić na szyję za to, że się uniosłeś. Za każdy namacalny dowód budzenia jakichkolwiek emocji, poruszania jakichkolwiek strun...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 50